Plaże i klify Algarve,  Portugalia

Algarve plaże i klify

Nie jestem typem, który preferuje typowe wakacje na plaży, upały, długie kąpiele słoneczne itp., nie, to zdecydowanie nie dla mnie. Dlatego muszę przyznać, że nie spodziewałam się tego, że Portugalia wywrze na mnie aż takie wrażenie.

A jednak stało się … Zakochałam się po uszy po tym gdy po raz pierwszy wybrałam się na klify. Każdego dnia miałam problem żeby stamtąd wrócić, dosłownie. Nie mogłam się od nich oderwać, najchętniej zbudowałabym szałas i została tam na zawsze 💘


Za dnia przemierzałam kręte ścieżki, odkrywałam maleńkie, cudowne plaże. Zaskoczyło mnie jak bardzo są zróżnicowane.

Jedna plaża mała, ze złoto-pomarańczowym piaskiem, turkusową wodą, otoczona wysokimi klifami, idealna do kameralnego, nieco intymnego leniuchowania 😎


Druga obszerna, piaszczysta. Nad samym brzegiem dwa olbrzymie głazy wyglądające jak buty olbrzyma, który właśnie poszedł zażyć kąpieli. 

A tuż obok, właściwie ta sama ale jakby podzielona na dwie części plaża malowniczo usiana czarnym głazami i wodorostami. Dużo bardziej przypominająca surowe wybrzeże Islandii niż słonecznej Portugalii.

Następna maleńka, kamienista, ukryta pod skalnym urwiskiem, ta całkowicie mnie zaskoczyła. Odkryłam tam niesamowitą ilość cudownych muszli, które ocean wyrzucał właśnie tylko w tym miejscu, nigdzie indziej.

Muszli podobno nie wolno przewozić ale wybaczcie, nie mogłam się powstrzymać, uzbierałam pół torby. Potem musiałam dopłacić przez nie za nadbagaż 😉

Gdy zaczynało zmierzchać siadałam na moim ulubionym urwisku i podziwiałam zachód słońca a potem wschód księżyca nad oceanem.

Przepiękny ciepły wieczór, wszechogarniający spokój, wokół żywego ducha tylko szum fal i ciche dźwięki fado niosące sie po wodzie. Slow motion … co tu jeszcze do szczęścia potrzeba ?

Takie właśnie uczucie ogarnęło mnie zaraz po tym jak tylko wylądowałam na lotnisku w Faro i towarzyszyło mi do samego końca pobytu. Slow motion, miałam wrażenie, że świat wyhamował, a ja razem z nim 😎

Algarve oczarowało mnie również pod względem kolorystycznym. Nie będę pisać już o typowych dla Portugalii cudownych brukowanych uliczkach i kolorowych azulejo na ścianach kamienic. Niesamowicie urzekły mnie również kolory samej natury. Turkus oceanu, czerwony kolor wapiennych klifów, które pod wpływem erozji tworzą malownicze formacje ciągnące się wzdłuż całego wybrzeża i ten błękit nieba … Uwierzcie, że nie byłam w stanie się od tego wszystkiego oderwać.

Klify nie tylko „od góry” zachwycają widokiem, również „od dołu” potrafia zaskoczyć, może nawet i bardziej 😉 Wystarczy wynająć łódź, polecam poszukać kogoś z małą łódką ( żadne wycieczki statkiem ) aby odkryć cudownie piękne, ukryte w nich groty i jaskinie.

Koszt wynajęcia takiej łódki to jakieś 20 euro za ok. godzinę.

Jedną z takich perełek jest bez wątpienia plaża Benagil, którą mi udało się zobaczyć tylko z zewnatrz. Ponieważ wbrew moim wewnętrznym przekonaniom dałam się wrobić w wycieczkę statkiem a nie łódką. Statki turystyczne są zbyt duże żeby móc wpłynąć do groty. Pisałam już o tym w moim poprzednim poście o Armação de Pêra.

Co jednak zdołałam zobaczyć to to, że plaża w jaskini była przeładowana, bardziej niż inne plaże, więc żeby zrobić jakieś naprawdę dobre fotki trzeba by się tam wybrać skoro świt, albo zimą 😅

W większości wzdłuż klifów poprowadzona jest trasa widokowa, należy jednak zachować ostrożność jeżeli chcemy z niej nieco zboczyć. Pełno tu zawalisk, najlepiej widać je od strony morza, płynąc wzdłuż wybrzeża.

Nie dotarłam również do drugiej słynnej plaży czyli Praia da Marinha. Aby tam dojść wybrałam się na pieszą wędrówkę lądem z Armação de Pêra i nieco zgubiłam na rozdrożach w szczerym polu. Tak to jest jak ktoś w dobie satelit i telefonów komórkowych rysuje sobie mapkę zamiast skorzystać z nawigacji 😂

Nic nie szkodzi 😉 Za to pooglądałam sobie Algarve od nieco innej strony, pogadałam z mieszkańcami, których spotkałam po drodze i dzięki temu odkryłam inne, mniej znane ale równie piekne plaże, których się nie spodziewałam. Wisienką na torcie była oczywiście maleńka plaża Praia do Barranco na której to znalazłam moje ukochane muszle 😍


No i to właśnie z niej dostrzegłam kolejną perełkę do której się udałam czyli Capela de Nossa Senhora da Rocha, maleńką kapliczkę przycupnietą na szczycie wielkiego urwiska wchodzącego w ocean. Ten widok przywiódł mi na myśl wodowanie Tytanica. Niestety i ten malowniczy zabytek może spotkać podobny los co Tytanica. Pod wpływem nieuniknionej erozji urwisku grozi zawalenie. Obecnie trawają poszukiwania metody jak wzmocnić i uchronić to przepiękne miejsce.

W czasach średniowiecza podobno stał w tym miejscu zamek. Piszę podobno bo właściwie brak na to pisemnych dowodów.

Również nie do końca wiadomo kiedy dokładnie zbudowano kaplicę. Według legendy powstała po objawieniu się w tym miejscu Matki Boskiej. Wiadomo tylko, że zbudowano ją podczas panowania Dionysiusa I (Dom Dinis) w latach 1279-1325.

Myślę, że jest to jedno z tych miejsc, których nie można ominąć. Ze szczytu rozchodzi się widok zapierający dech w piersiach, polecam podczas zachodu słońca.

Przy kapliczce znajduje się również miejsce gdzie można zapalić świeczkę swoim najbliższym, których już nie ma. Usiąść na ławeczce i na chwilę się zatrzymać … dosłownie.


Jeśli zatrzymaliście się akurat w Armação de Pêra i nie macie ochoty na pieszą wędrówkę to w sezonie z bulwaru kursuje do tego miejsca drewniana ciuchcia. Koszt to jakieś 2-3 euro. Trochę trzęsie ale ciuchcia faktycznie jest cała z drewna, resory chyba też ma drewniane 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.