Norwegia,  Spitsbergen cz.II

Spitsbergen cz.II

Spitsbergen cz.I nazwałam Svalbard „Niebieską Planetą”, już wyjaśniam dlaczego.

Noc polarna  trwa tam od 28 października do 14 lutego, a im dalej na północ tym dłużej. W tym czasie słońce nie wstaje powyżej linii horyzontu ale jego promienie odbijają się w atmosferze i w ten sposób na ziemię dociera pewna ilość światła, która z kolei odbita we wszechotaczającej bieli (śnieg) daje szaro-niebieskie światło. Ten niebieski kolor szczególnie widoczny jest na zdjęciach.

Mi udało załapać się jeszcze na końcówkę trwającej tam nocy polarnej.

Wcześniej wspomniałam też, że przez nadciągającą śnieżycę mieliśmy trudne lądowanie. Na drugi dzień niestety rozszalała się na dobre. Pierwszy dzień mojej wielkiej przygody spędziłam więc w ciepłym pokoju, nie wynurzając nosa na zewnątrz.

Pokój zarezerwowałam przez Booking.com w Coal Miners’ Cabins byłym hotelu dla górników. Teraz pensjonat położony na końcu Longyearbyen. Oddalony jakieś 2,8 km od centrum. Hotel rozmieszczony w kilku budynkach położonych w niewielkiej odległości od siebie. W głównym budynku restauracja z recepcją przy barze. Słyszałam, że jeśli chodzi o obserwowanie zorzy polarnej to jest to najlepiej położony hotel w Longyearbyen, ponieważ znajduje się na uboczu, z dala od świateł miasta. Oczywiście jeśli zorza się pojawi 😉

Ten hotel to była chyba jedna z najtańszych opcji jakie udało mi się znaleźć na ten czas. Koszt to 3800 NOK za 4 noce (ok.394 euro). Chociaż nie jestem fanką wspólnych łazienek i toalet to muszę powiedzieć, że nie było to jakoś specjalnie uciążliwe. Do dyspozycji mieliśmy też dużą, wspólną kuchnię z niezbędnym wyposażeniem.

Jeszcze tańszą opcją jest schronisko-hostel Gjestehuset102.

Longyearbyen jest największą ludzką osadą położoną na wyspie Spitsbergen w archipelagu Svalbard w Arktyce. Do bieguna jest już tylko przysłowiowy rzut beretem bo zaledwie 1309 km.

Na całym Spitsbergenie mieszka ok. 2500  ludzi i szacuje się, że od 3 do 5 tys. niedźwiedzi polarnych. Na wędrówkę poza miasto obowiązkowo wybiera się tylko z uzbrojonym przewodnikiem lub samemu wcześniej stara u gubernatora o pozwolenie na broń.

Ponieważ na Spitsbergen przyleciałam sama to nie myślałam aż tak ryzykować i samotnie spacerować poza miasto. Szare światło dnia przyświecało i tak tylko do godz.15.00 a potem zapadała już ciemność. 

Po poniedziałkowej śnieżycy we wtorek w końcu udało mi się wybrać na wędrówkę „do miasta”.

Pierwszą rzeczą jaka mnie uderzyła była wszechogarniająca mnie cisza. Miasteczko generowało oczywiście jakieś tam dźwięki, ale ja słyszałam tylko głęboką ciszę, przerywaną cichym poskrzypywaniem kry na oceanie.

Nie wiem czy potrafię to opisać, to chyba trzeba poczuć po prostu samemu. Stojąc tam nad brzegiem wody miałam wrażenie jakbym była na całkiem innej planecie lub stała na samym krańcu świata. No i w pewnym sensie tak właśnie było.

I gdy tak tam sobie stałam i myślałam nad tym jacy jesteśmy maluczcy, usłyszałam nagle za sobą kroki na śniegu i tak poznałam Ane z Danii. Kolejną kobietkę, którą dramat życiowy przygnał w tak ekstrymalne miejsce jak Spitsbergen. Ane była juz kiedyś tutaj razem z mężem, po jego śmierci chciała jeszcze raz zobaczyć ich miejsca.

Postanowiłyśmy, że przejdziemy się kawałek razem. Po drodze spotkałam jeszcze „Polską Babcię” z wnukami. Panią z Polski, która przyjechała w odwiedziny do mieszkającego tam syna. Zobaczyłam ją jak pchała w śniegu pod górę wózek z bobasem. Polskie babki są twarde 😉 Gdy ją mijałam akurat wołała do siebie kilkuletniego chłopca, słysząc język polski nie moglam przejsć obojętnie 😉

Jedną z najfajniejszych rzeczy w takich podróżach jest spotykanie i poznawanie nowych ludzi, nawet jeśli jest to tylko spotkanie na jedną chwilę.

W ostatni dzień na Spitsbergenie chciałam przeżyć coś co oprócz samych wędrówek i widoków dało by mi jakieś niezapomniane przeżycie.

Od razu dodam, że jakiekolwiek atrakcje radzę rezerwować już wcześniej, przed planowanym przyjazdem. Mi nie udało już się dostać ani na zwiedzanie lodowej jaskini, ani wybrać się na rajd skuterem śnieżnym do lodowca. Na szczęście udało mi się zarezerwować na wieczór Dog Sledding. I to był strzał w dziesiątkę. Tych wrażeń nigdy nie zapomnę, chociaż nie mam właściwie z tych momentów żadnych zdjęć bo prowadziłam sanie, a pieski miały niesamowity power.

Czterogodzinny wypad w góry zarezerwowałam przez Svalbard Husky prowadzone przez małżeństwo Audun&Mia. Koszt takiego wypadu to 1490 NOK ( 155 euro = 663 zł)

O umówionej godzinie  spod hotelu zabrało mnie auto, po drodze zabraliśmy jeszcze trzyosobową grupkę Norwegów. Na miejscu dostaliśmy ocieplane kombinezony oraz czapy, buty i rękawice. Najfajniejsze w tym wszystkim było to, że nie siadałeś do już przygotowanych sań jak typowy turysta tylko sam musiałeś sobie te sanie przygotować. Czyli przyprowadzić po kolei z budy każdego pieska, zapoznać się z nim i przypiąć go do dwuosobowych sań. To już było spore wyzwanie, prowadzić takiego niecierpliwego psiaka, brnąc po kolana w śniegu. Mi przypadły sanie z przewodnikiem i nie musiałam się z nikim dzielić ich prowadzeniem 😉 Okazało się, że mam do tego wrodzony talent 😉

Gdy sanie były gotowe wyruszyliśmy w góry, na szczęście tego dnia nie padał już śnieg ale niebo niestety było zachmurzone więc na zorze polarną znowu nie było szans. To nic, prowadzenie sań było tak ekscytującym przeżyciem, że nie myślałam wtedy o zorzy. Psy ciągnęły sanie z taką siła, że trzeba było się dobrze skupić żeby nas nie wywalić i nie zgubić gdzieś po drodze.

Jeśli jesteście w miejscu, w którym macie możliwość skorzystania z takiej atrakcji, zróbcie to, niezapomniane doznania.

Po wszystkim należało pieski na powrót zaprowadzić do ich bud, nakarmić i oczywiście wygłaskać w podziękowaniu. Również te które zostały tym razem w zagrodzie 😉

Muszę tu jeszcze dodać, że mimo, że byłam tam jedyną Polką w grupie samych Norwegów, a mój angielski kulał wtedy dużo gorzej niż teraz to czułam się tam całkowicie zaopiekowana 🙂

Następnego dnia musiałam niestety pożegnać się już ze Svalbardem. Z jednej strony żałuję, że był to tak krótki pobyt i że nie wszystko udało mi się przez to zobaczyć. Z drugiej strony jestem ogromnie szczęśliwa, że to zrobiłam. To co zdołałam zobaczyć i przeżyć to moje. Marzy mi się żeby polecieć tam jeszcze raz, na dłużej, wczesną wiosną, kiedy już będzie jasno, ale wciąż bedzie dużo śniegu. Kto wie? Przecież marzenia się spełniają 😉 

Spod hotelu zabrał mnie autobus i zawiózł na lotnisko. Autobus jedzie przez całe Longyearbyen i zahacza o wszystkie większe hotele w miasteczku. O rozkład można spytać się w recepcji.

I tak pożegnałam się z moim ukochanym Svalbardem, miejscem, które dodało mi sił i pewności siebie. Miejscem od kórego wszystko się zaczęło 😉

Ale to jeszcze nie był koniec mojej wyprawy bo na lądzie czekało na mnie Tromso <3

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *