Hiszpania,  Lanzarote,  Lanzarote trekking po wulkanach

Lanzarote trekking po wulkanach

Najwięcej kraterów, czyli jakieś 25 znajduje się na terenie Parku Narodowego Timanfaya. Niestety rezerwat jest pod ścisłą ochroną i zwiedzać go można tylko i wyłącznie zorganizowaną wycieczką autokarową. Więcej informacji na ten temat znajdziecie tutaj.

Ale mam dobrą wiadomość dla tych, którym marzy się zdobycie jakiegoś wulkanu o własnych nogach. Mianowicie na obrzeżach rezerwatu, w rejonie Tinajo, jest jeszcze kilka bardzo ciekawych i malowniczych kraterów, do których dostęp jest całkowicie wolny.

W poprzednim poście pisałam o trekkingu na Wulkan Caldera Blanca i La Caldereta. Z całą pewnością są to dwa wulkany, które powinniście mieć na swojej liście „must see”. Nie tylko są piękne ale również całkiem łagodne i przyjemne w podejściu. Z większego Caldera Blanca rozpościera się widok naprawdę zapierający dech w piersiach.

Dzisiaj poprowadzę Was do kolejnych czterech wulkanów. Wszystkie leżą wzdłuż jednej drogi LZ-56, położone w niewielkiej odległości od siebie. Spokojnie więc można sobie zaplanować tam cały dzień. W pobliżu nie ma żadnych restauracji, więc proponuję zapakować lunch do plecaka. Właściwie nie ma tam nic oprócz żwiru, żużlu, zastygłej lawy, no i słońca oczywiście, więc nie zapomnijcie o wodzie 😉

No to zakładamy wygodne buty i ruszamy 🙂 Gotowi ?

Wulkan El Cuervo

Wulkan El Cuervo
El Cuervo

Pierwszy na jaki się wybrałam to niezbyt duży wulkan El Cuervo. To właśnie on 1 września 1730 roku jako pierwszy wyrósł nagle z ziemi i eksplodował rozpoczynając trwającą sześć długich lat zagładę wyspy. Krater jaki ukazuje się nam po krótkiej wędrówce ( 1,3 km ) z pobliskiego parkingu ukazuje całą darmaturgię wydarzeń jakie rozegrały się w tym miejscu prawie 300 lat temu. Nieregularny, popękany, w kilku miejscach widać wyraźne osuwiska. Wewnątrz krateru słychać zawodzenie uwięzionego wiatru, to wszystko powoduje, że można poczuć grozę tego miejsca na własnej skórze.

Don Andrés Lorenzo Curbelo, ksiądz z Yaiza, który był naocznym świadkiem całego zdarzenia tak mniej wiecej to opisał:

„1 września 1730 r. między godziną 21 a 22, w odległości 11 km od Yaiza, grunt w pobliżu Timanfaya nagle się otworzył. Pierwszej nocy wyrosła z ziemi ogromna góra i ze szczytu wybuchły ogromne płomienie, które utrzymywały się przez 19 dni „.

Poza budzącymi gęsią skórkę wrażeniami krater jest całkowicie bezpieczny oraz bardzo ładnie zadbany. Wszędzie widać wyraźnie oznaczone ścieżki a roślinki też zdają się być zasadzone ludzką ręką 😉 W dodatku nie trzeba się na niego wspinać, do wnętrza krateru można wejść przez pęknięcie z boku.

Montaña Negra

Wulkan Montaña Negra
Wulkan Montaña Negra

Po drugiej stronie drogi, vis-à-vis El Cuervo znajduje się Montaña Negra (518 m.), bardzo stary wulkan ze stosunkowo małym kraterem. Cała góra obsypana jest czarnym, wulkanicznym, bardzo drobnym żużlem ( tzw. pikonem ) ale patrząc na niego z daleka ma się wrażenie, że on i jego okolica pokryte są zieloną patyną czasu. Większość tak wiekowych wulkanów jaśnieje z upływem czasu tak jak np. Caldera Blanca. Pewnie i on wyglądałby teraz całkowicie inaczej gdyby nie erupcje z roku 1730, które odświeżyły jego wygląd pokrywając go czarną warstwą wulkanicznego pyłu.

Nie weszłam na niego i niestety żałuję. Podobno po dosyć męczącej wspinaczce ( pod górę brnie się w drobnym żwirze ) naszym oczom ukaże się krater pełen bujnej zieleni, jak oaza ukryta w dolinie otoczonej jałową pustynią.

Caldera Colorada

Jadąc dosłownie kawaląteczek dalej, zaraz za Montaña Negra widzimy wulkan Caldera Colorada zwany także Montaña Colorada. Kolorowy stożek, nakrapiany kępkami porostów przypominającymi piegi jest tak charakterystyczny, że z daleka rzuca się w oczy. U podnóża znajduje się darmowy parking, jak wszędzie w okolicy.

Caldera Colorada Lanzarote
Caldera Colorada Lanzarote

Caldera Colorada (465 m. ) był ostatnim wulkanem, który wybuchł podczas sześcioletniego piekła na Lanzarote. Jego nazwa idealnie oddaje jego wygląd ponieważ na jego południowo-wschodnim zboczu dominuje intensywna czerwień, to zasługa żużlu bogatego w tlenek żelaza. Podobno można na niego wejść ale ja prawdę mówiąc nie zuważyłam żadnej ścieżki. Krater niestety jest całkowicie niedostępny, to jedno wielkie zawalisko żużlu, skał i zastygłej lawy. Doskonale widać to z zewnątrz od strony północnej. Ale można wybrać się na bardzo przyjemny spacer wokół wulkanu. Cała trasa to jakieś 3 km, po drodze znajduje się też atrakcja w postaci bomby wulkanicznej. Przy której można zrobić sobie zdjęcie i która swoim ogromem pokazuje jak wielkie skały i z jaką siłą może wypluć z siebie wulkan podczas erupcji.

Jedynym niebezpieczeństwem na które możemy narazić się w okolicy Caldera Colorada to masa leżących dosłownie wszędzie oliwinów 😉 Albo będziemy je ignorować, albo nasza wędrówka zamiast jednej godziny bedzie trwała trzy. Bo jak już się zacznie je zbierać to nie można przestać 😉

Co to są oliwiny ?

To minerały z rodziny krzemianów, są też jednym z głównych składników meteorytów. Przeważnie mają barwę zieloną, występują albo pojedyńczo albo w skupieniach tzw. bomby oliwinowe. Oliwiny kryją się pod powierzchnią ziemi w skałach magmowych. Na Lanzarote zostały uwolnione i wyrzucone na powierzchnię poprzez erupcję wulkanów.

Mają zastosowanie między innymi w jubilerstwie, biżuteria wykonana z lawy i oliwinów wprost zalewa rynek turystyczny na wyspie.

Jeśli natomiast wierzymy w moc kamieni to oliwiny wg. ezoteryki przyniosą nam szczęście i pieniądze. Uleczą poranioną i upokorzoną duszę oraz pomogą zachować równowagę emocjonalną. Dodatkowo wspomagają trawienie, ułatwiają przyswajanie składników odżywczych i pomogą pozbyć się nagromadzonych z organizmu toksyn. Ponadto mają działanie uspokajające, relaksacyjne i pomagają zasnąć.

Nie ma oficjalnego zakazu zbierania oliwinów ale uprzejmie uprasza się o nie wywożenie ich z wyspy.

Wulkan de Santa Catalina

Wulkan de Santa Catalina
Wulkan de Santa Catalina

Ostatnim, na który Was dzisiaj zaprowadzę to krater de Santa Catalina. I od razu powiem Wam, że ze świętością nie ma on nic a nic wspólnego. Wprost przeciwnie, gdy w końcu na niego weszłam poczułam się jakbym znalazła się bliżej piekła, ale to za chwilę 😉

Wulkan znajduje się naprzeciwko Caldera Colorada, dokładnie po drugiej stronie drogi. Swą nazwę Santa Catalina odziedziczył po wiosce, która znajdowała się wcześniej w tym miejscu, i która zniknęła w płomieniach z powierzchni ziemi zaraz na początku, czyli po pierwszych wybuchach wulkanu El Cuervo. Ta erupcja pochłonęła również kilka innych wiosek, między innymi Los Rodeos, Mazo, Jarretas, Tingafa, Peña Palomasi, Chimanfaya, na której to cześć nazwano teraźniejszy Park Narodowy Timanfaya, oraz wiele innych.

A to był dopiero początek … Ksiądz Curbelo w swoim pamiętniku pisał:

„7 września z ziemi wyłoniła się ogromna skała ze złowieszczym dudnieniem, zmuszając lawę do płynięcia na zachód i północny-zachód Tam zniszczyła Maretas i Santa Catalina […] 18 października trzy nowe kratery otworzyły się bezpośrednio nad spaloną Santa Catalina, wylewając ogromne chmury oparów, pokrywając całą wyspę piaskiem i popiołem. ”

Santa Catalina jest chyba najmniej uczęszczanym turystycznie i najbardziej dzikim wulkanem. Jego otoczenie przypomina Mordor, krainę Saurona.

Okolice wulkanu de Santa Catalina

Ten z pozoru niepozorny kraterek dał mi nieźle popalić 😉 Na samym początku miałam problem ze znalezieniem ścieżki prowadzącej na szczyt. Ścieżka oczywiście jest, ale bardzo słabo widoczna. Po małym błądzeniu u podnóża zobaczyłam, że ktoś schodzi z góry i udałam się w tamtym kierunku. Okazało się, że ten ktoś schodzi na chybił trafił i odradził mi wejście tą drogą ponieważ cały wulkan pokryty jest dosyć ostrą szlaką i żwirem, który przy najmniejszym ruchu osuwa się pod stopami. Wędrowiec pokazał mi gdzie znajdę prawidłowy szlak na szczyt. Po wybrnięciu z pola lawy w końcu znalazłam się na upragnionej ścieżce która podobnie jak cały wulkan składa się z niestabilnej szlaki i osypującego się żwiru. Trzeba tam więc zachować szczególną ostrożność. Powiem tak, dziecka ani czworonoga na ten trekking bym nie zabrała.

Na szczęście góra jest niewielka, więc dałam radę jeszcze na nią wejść 😉 Chociaż ze szczytu Santa Catalina jest naprawdę piękny widok na wulkany Caldera Colorada i Montaña Negra to jego krater budzi prawdziwą grozę. Patrząc z góry na to pobojowisko można sobie wyobrazić pandemonium jakie rozpętało się tutaj w XVIII w.

Po drugiej stronie rozciąga się panorama Timanfaya, nieco bliżej widać wyraźnie jak nieprzyjazne są okolice tego wulkanu. Wielkie, popękane bańki lawy pod którymi kryją się olbrzymie dziury, groty i tunele. Dla własnego bezpieczeństwa lepiej nie schodzić tam z wyznaczonych ścieżek ponieważ lawa jest bardzo krucha.

Na swoim przykładzie powiem Wam, że najlepiej zrobicie schodząc na dół tym samym szlakiem co przyszliście. Ja zobaczyłam z drugiej strony krateru wąską ścieżynkę i postanowiłam nią zejść. W połowie zbocza nie miałam się czego utrzymać i zaczęłam zjeżdżać. Uwierzcie mi, że mało to przyjemne zjechać po tej ostrej szlace tak na czterech literach 😉

Ale skoro znalazłam się już na dole to postanowiłam ruszyć tą ścieżką dalej. Dalej okazało się, że ścieżka nagle się urywając wyprowadziła mnie na manowce a ja wylądowałam pośrodku pola lawy. Widząc w pobliżu olbrzymie zawaliska postanowiłam nie ryzykować i zawróciłam.

Klęłam pod nosem włażąc na powrót na czworakach po zboczu po którym dopiero co zjechałam w dół. Miałam wtedy wrażenie, że obserwuje mnie Diabeł z Timanfaya i robi sobie ze mnie jaja 😉

Dramaturgi tej mojej nieszczęsnej przygodzie dodawało to, że niebo zasnuły ciemne chmury a wokół nie było żywego ducha.

No, ale w końcu udało mi się szczęśliwie opuścić to jakoś mało przyjazne dla mnie miejsce, a na sam koniec tego dnia mogłam sobie samej powiedzieć: „Veni! Vidi! Vici!” 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *